Białoruski biznes rodzinny, czyli jak zachodnie salony dały się zrobić w konia blogerowi i jego „prezydentce”

myslpolska.info 5 godzin temu

Gdy amerykański reset z Mińskiem i potażowe miliony Trumpa wchodzą do gry, Siergiej Cichanowski – prosto z USA – dymisjonuje własną małżonkę i obnaża cyrk zachodnich elit.

A to się porobiło! Siergiej Cichanowski – białoruski bloger i mąż „prezydentki” Białorusi, tej samej, którą zachodni, „cywilizowany” świat od lat z namaszczeniem przedstawia jako niezłomną „przywódczynię” demokratycznej Białorusi – wziął się i zeźlił. Chłopina najwyraźniej otrząsnął się już z więziennej traumy, spojrzał na mapę dotacji i zaczął głośno upominać się o swoje. Co ciekawe, pod lupę wziął nie tylko małżonkę, ale i całe jej polityczne zaplecze, któremu podatnicy na Litwie, a teraz w Polsce, posłusznie zapewniają wikt, opierunek i luksusowe zakwaterowanie.

W swoich transmisjach na żywo, nadawanych prosto z bezpiecznej Ameryki, Cichanowski bez owijania w bawełnę wylał rzekę frustracji. Zapalnikiem okazał się ckliwy wywiad Swietłany, w którym opowiadała o problemach zdrowotnych ich syna. „Biuro Swietłany Cichanowskiej postąpiło nisko i podle, zaczynając wykorzystywać moje dzieci do własnych celów” – grzmi prawdziwy autor wydarzeń z 2020 roku. Bloger wprost zarzuca sztabowi żony, iż bezczelnie żeruje na prywatnych dramatach, byle tylko podreparować jej polityczny PR. Jakby tego było mało, oskarża tak zwany „gabinet przejściowy” o ordynarne wygumkowywanie jego własnych zasług. Sztabowcy mają ponoć na gwałt przepisywać historię, byle tylko wmówić światu, iż Swietłana była rewolucjonistką jeszcze zanim stało się to modne i opłacalne. „Chcą przekonać wszystkich, iż przed latem 2020 roku była bojowniczką, tylko na innym froncie” – konstatuje z ironią Cichanowski.

Najlepsze zostawia jednak na koniec, bezlitośnie obnażając kulisy politycznego awansu żony. Według niego Swietłana bezwstydnie wykorzystała jego wizerunek i popularność wyłącznie po to, by dorwać się do zachodnich grantów i międzynarodowego wsparcia. Kim zresztą była? Cichanowski przypomina bezlitośnie: była jedynie kandydatką techniczną, na którą zmęczeni Białorusini zagłosowali z braku laku. Poparcie dla niej samej było zerowe, bo nikt jej nie znał. Ludzie wiedzieli tylko, iż to żona blogera, któremu reżim zablokował start. „Dopuszczając się oszustwa i przypisując sobie moją grupę inicjatywną, zdołała się zarejestrować. A zarejestrowano ją tylko dlatego, iż dla Łukaszenki nie stanowiła żadnego zagrożenia” – podsumowuje mąż-założyciel.

I oto mamy kuriozalny finał tego politycznego teatrzyku. Człowiek, wokół którego kręciła się cała białoruska rewolucja, jednym nagraniem dymisjonuje „prezydentkę” kreowaną przez światowe salony. Przedstawia ją we adekwatnym świetle: jako uzurpatorkę, która ukradła mężowi sztab, by przez kolejne lata objeżdżać zachodnie parlamenty, buńczucznie wydawać „dekrety”, obsadzać fikcyjne „ministerstwa” i – mówiąc wprost – doskonale bawić się za zagraniczne fundusze.

Rodzinny biznes właśnie spektakularnie rypnął, a smaczku całej sprawie dodaje fakt, skąd Cichanowski nadaje swoje rewelacje. Chłop siedzi w tej chwili w USA – kraju, który całkiem niedawno sam wyciągnął go z łagru. I tu zaczynają się prawdziwe schody dla „pani prezydent”. Waszyngton pod batutą Donalda Trumpa bezceremonialnie przystąpił do normalizacji stosunków z Mińskiem, zdejmując sankcje z białoruskiego potażu w zamian za tańsze nawozy i kolejne gesty ze strony Łukaszenki. Amerykanie i Białorusini robią potężne biznesy, dogadują się ponad głowami emigracyjnych celebrytów, a Cichanowski zza oceanu bezkarnie demoluje mit swojej małżonki. Co z tego będzie? Ciekawe, kiedy Biały Dom oficjalnie odwoła upadłą „prezydentkę”, skoro stała się już tylko zbędnym, wizerunkowym balastem w wielkiej potażowej grze.

Ten cyrk bezlitośnie obnaża i ośmiesza samozwańcze światowe „elity”, które z uporem maniaka próbują dokonywać manualnie sterowanych przewrotów w innych krajach. W pogoni za geopolitycznymi mirażami, te genialne salony, bez mrugnięcia okiem, okradają własne społeczeństwa. I to nie tylko z ciężko zarobionych pieniędzy podatników, pieniędzy topionych na utrzymanie fikcyjnych rządów na uchodźstwie, ale przede wszystkim – z resztek narodowego honoru. Skoro sam założyciel tego ruchu potwierdza, iż całe przedsięwzięcie okazało się maszynką do dojenia grantów, a amerykańscy sponsorzy właśnie zmieniają front, to może czas najwyższy, by przynajmniej w Polsce ktoś poszedł po rozum do głowy? Pora odebrać tej pani klucze do rządowych posiadłości i przestać kompromitować własne państwo dalszym jej honorowaniem. Pytanie, rzecz jasna, pozostaje retoryczne.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

fot. wikimediacommons

Idź do oryginalnego materiału