Zaczęłyśmy z córką zbierać. Tydzień, drugi... butelki zaczęły żyć własnym życiem w jej pokoju. Rosły w kącie jak piramida ekologicznych ambicji, bo przecież ja, jako matka powinnam dawać przykład, a ona - uczyć się ode mnie.
Przy okazji policzyłam sobie coś, co mnie naprawdę zmroziło.
Pijemy dużo wody. Kupuję zgrzewki co drugi dzień, a czasem częściej. Realnie schodzą nam jakieś 4 butelki dziennie.
Od 1 października do 10 marca, gdy postanowiłam się poprawić, minęło 161 dni. Czyli z grubsza licząc zgniotłam i wrzuciłam do worka na plastik prawie 650 butelek, czyli dobrowolnie skoszowałam niezłą sumkę, bo ponad 320 zł!
320 zł...
Pakuję więc torby i jadę do Biedronki w Zgierzu. Punkt nieczynny. Jadę do Lidla - automat działa, ale kolejka na kilkadziesiąt minut. Ludzie stoją z worami jak po masło i cukier w PRL-u. Automat mruczy, czasem coś wypluwa z powrotem, bo mu coś nie pasuje, a potem eko-człowiek wybiega ze sklepu z kuponem w ręku i miną zwycięzcy.
Wreszcie pora na mnie i moje butelki od najtańszej wody z dyskontów. Plastik cienki jak papier. Nalewasz do szklanki i już się wygina. Moje dzieci piją hektolitry, często „z gwinta”, więc butelki zwykle są lekko ściśnięte. W żołądku czuję lekki ścisk, gdy pakuję do dziury pierwszą z nich. Na karku czuję wręcz lekki dreszczyk emocji.
Automat? Odrzuca.
Za bardzo pognieciona.
Druga - znów błąd.
Serio?
To co ja mam zrobić? Kupić sobie do domu dmuchawę do plastiku i prostować każdą butelkę przed oddaniem?
Trzecia - udało się. Czwarta - sukces! Ale piąta i szósta znów wraca do coraz bardziej zdegustowanej właścicielki.
Efekt? Z 56 butelek, które zebrałam, automat przyjął tylko 31, czyli odzyskałam 15,50 zł zamiast całych 28 zł.
Takiej butelki maszyna nie przyjmie...
Wróciłam do domu. Zgniotłam wszystko, wrzuciłam do żółtego worka i stało się coś, co mnie zasmuciło: moje 12,5 zł kaucji przepadło. Pieniądze, które zapłaciłam przy zakupie napojów, zostały w systemie. Nie odzyskam ich, choć butelki trafią do recyklingu.
Oficjalnie operator systemu mówi, iż te pieniądze służą logistyce, utrzymaniu automatów, sortowni. W praktyce - operator zarządza nimi sam, zarząd pobiera pensje, premie, administracja działa, a ja, obywatelka, zostaję z workami i poczuciem, iż ktoś mnie okradł.
Nie mogę się nadziwić, jak to wygląda w praktyce. Kupujesz napój, płacisz 50 groszy kaucji, masz zwrot, jeżeli oddasz butelkę. Ale oddać ją… nie zawsze jest tak łatwo.
A przecież ja już za to raz zapłaciłam. I to niemało. Za pięcioosobową rodzinę spod Zgierza płacę 180 zł miesięcznie za śmieci. Czyli ponad dwa tysiące złotych rocznie.
Czyli jak to adekwatnie jest?
Płacę raz - za odbiór i segregację odpadów.
Płacę drugi raz - kaucję za każdą butelkę.
A potem jeszcze płacę trzeci raz - swoim czasem, nerwami i frustracją.
I jeżeli system nie działa tak, jak powinien, jeżeli punkt jest nieczynny, automat odrzuca butelki, a kolejka ma kilkadziesiąt minut, to na końcu i tak tracę pieniądze, bo kaucja zostaje w systemie. Butelki pójdą do recyklingu. System „śmieciowy” zadziała. Ale system kaucyjny?
Więc naprawdę, czy ja płacę za śmieci, czy za udział w jakimś eksperymencie na cierpliwość obywatela?
Bo ja chciałam dobrze. Serio. A wyszło jak zwykle: żółty worek, święty spokój i pieniądze, których już nie zobaczę.
Dlatego dziś, zanim kupię wodę, sprawdzam, jak trudno jest zgnieść butelkę. Tylko tyle mogę zrobić.

2 godzin temu