
Rynek ropy znalazł się w sytuacji, jakiej świat nie widział od dekad. Kurczące się zapasy, problemy z transportem, rekordowe koszty frachtu i wyczerpane bufory bezpieczeństwa sprawiają, iż kryzys energetyczny staje się coraz bardziej realny.
Dziś pokażę Wam, dlaczego świat po raz pierwszy od 50 lat stracił wszystkie narzędzia, które chroniły nas przed poważnym kryzysem energetycznym. I dlaczego to, co widzimy teraz, może być dopiero początkiem znacznie większych problemów.
Mija właśnie dwusetny dzień od ataku USA i Izraela na Iran. Miało być gwałtownie i chirurgicznie, tymczasem konflikt rozlał się na cały region, a napięcie zamiast wygasać, wciąż narasta. Co gorsza, dziś kilka wskazuje na to, by sytuacja miała zostać gwałtownie opanowana.
Najpierw Ormuz. Teraz Bab al-Mandab.
Transport przez dwie najważniejsze cieśniny, przez które łącznie przepływa ponad 30% światowego handlu ropą, jest dziś poważnie zakłócony.
Jakby tego było mało, jemeńscy rebelianci Huti uszkodzili saudyjski rurociąg Wschód-Zachód – magistralę, która pozwalała Arabii Saudyjskiej omijać cieśninę Ormuz.
Przez dekady świat dysponował trzema głównymi buforami chroniącymi rynek ropy przed poważnym kryzysem.
Dziś żaden z nich nie jest już w stanie skutecznie stabilizować rynku.
Globalne zapasy ropy naftowej spadły do poziomu, przy którym rurociągi i rafinerie zaczynają mieć problemy z normalną pracą. Przepływ ropy jest niestabilny. Pompy muszą pracować ciężej. Mówiąc krótko: rośnie ryzyko awarii, a każdy potencjalny przestój to dolewanie oliwy do ognia, bo sytuacja na rynku paliw już jest bardzo napięta.
A to prawdopodobnie tylko początek większych problemów.
Według JPMorgan globalne zapasy ropy naftowej wynoszą w tej chwili 7,6 mld baryłek. Przy tym poziomie pojawiają się już pierwsze problemy z obsługą infrastruktury do transportu i przetwarzania tego surowca.

Instytucja zwraca jednak uwagę, iż zapasy kurczą się niebezpiecznie szybko, a jeżeli spadną do poziomu 6,8 mld baryłek, funkcjonowanie rurociągów oraz rafinerii będzie znacząco utrudnione.
Tutaj warto dodać, iż rafinerie w Stanach Zjednoczonych, które są największym producentem ropy naftowej na świecie, pracują już praktycznie na pełnych obrotach. Wykorzystują aż 98% swoich możliwości, co możecie zobaczyć na poniższym wykresie.

W praktyce oznacza to, iż niemal zniknął bufor, który pozwalałby reagować na awarie, prowadzić niezbędne naprawy czy radzić sobie z innymi nieprzewidzianymi problemami.
Co istotne, w ostatnich dekadach do najważniejszych narzędzi stabilizujących ceny ropy na globalnym rynku należały strategiczne rezerwy surowca – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – oraz zapasowe moce produkcyjne i przerobowe.
Dziś możliwości wykorzystania obu tych mechanizmów są bardzo ograniczone. A do tego dochodzi jeszcze trzeci najważniejszy element: wolne moce produkcyjne państw Zatoki Perskiej, które przez lata pozwalały gwałtownie zwiększać podaż w sytuacjach kryzysowych.
Nawet gdyby obie cieśniny zostały nagle ponownie otwarte, skutki uszkodzeń infrastruktury służącej do transportu i przetwarzania ropy na Bliskim Wschodzie jeszcze przez długi czas wpływałyby na ceny surowca. Obecnego kryzysu nie da się więc gwałtownie zażegnać, bo większość łatwo dostępnych możliwości działania została już praktycznie wyczerpana.
Czytaj dalej: ]]>Sytuacja na rynku paliw wymyka się spod kontroli]]>
]]>Darmowa konferencja dla inwestorów - nie przegap!]]>
Autor: ]]>Konrad Pietruszka]]>












