Wybory w USA: Największe, epickie osiągnięcie Donalda Trumpa!

6 godzin temu

Wybory w USA: Największe osiągnięcie Donalda Trumpa!

5 listopada 2026 Jakub Majewski pch24/wybory-w-usa-najwieksze-osiagniecie-donalda-trumpa

Fot. Pool/ABACA / Abaca Press / Forum

Wszystko co robi Donald Trump musi obowiązkowo być największe – przepraszam: NAJWIĘKSZE. EPICKIE. Tegoroczne wybory nie mogły tu być wyjątkiem. Co do zasady, prawie przy każdym prezydencie Stanów Zjednoczonych, rządząca partia traciła trochę poparcia w wyborach połówkowych. Ale Trump nie mógł się zadowolić drobną utratą poparcia. Nie wystarczyłaby mu też poważna utrata. Nie! Trump musiał pogrążyć Partię Republikanów, zadając jej i sobie epickie – przepraszam, EPICKIE – straty. Taki człowiek. Jak największe, to największe.

Muszę zacząć od małego wyznania: ech, mógłbym dziś wieczorem spokojnie sobie czytać książkę, oglądać film, albo i pisać swą powieść, gdybym tylko posłuchał instynktu, i napisał ten artykuł zawczasu. Przecież mogłem to zrobić już parę dni temu. Czas by się znalazł, a wyniki wydawały się przesądzone. Owszem, trochę poprawek by było, ale nie znowu tak dużo. Ot, w paru miejscach, przy słowie „porażka” bym musiał wykreślić przymiotnik „poważna” i wpisać w tym miejscu „epicka”. Przez te wszystkie lata jak obserwuję amerykańską politykę, żadne wybory nie były tak katastrofalnie przewidywalne jak te.

Porażkę Trumpa można było zacząć wieszczyć już gdzieś około lipca, gdy stało się jasne, iż jego administracja nie ma żadnego pomysłu na zakończenie wojny z Iranem. A prawdę mówiąc, jeżeli ktoś orientował się jak realnie wygląda stosunek sił między Ameryką a Iranem, mógł ten wynik przewidzieć jeszcze w lutym. Ja aż takim prorokiem nie jestem, i przyznam iż pierwsze parę miesięcy trwania niepotrzebnie rozpętanej przez Trumpa wojny między Stanami a Iranem, nie przesądzałem o wyniku, tylko próbowałem zrozumieć jaki cel faktycznie przyświeca Amerykanom, i jakie środki mają do tego celu doprowadzić. Jak się okazało – nie tylko ja, ale również Donald Trump nie miał w tej sprawie pojęcia. Skutek jest taki, jak widzimy.

Przyczyny porażki

Rozwińmy jednak trochę kwestię przyczyn tej autentycznie epickiej wyborczej katastrofy, w której zwycięstwa Demokratów przekroczyły choćby najśmielsze prognozy. Demokraci przejęli kontrolę nad Senatem i nad Kongresem, i odbili szereg stanowisk gubernatorskich. Wygrywali w miejscach gdzie od dziesiątek lat już nie widywano Demokratów, w Teksasie, w Kansas. A to wszystko następuje przecież równo dwa lata po autentycznie spektakularnym zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich 2024 roku. Wyborach, w których, ku zdumieniu Demokratów, wygrał nie tylko w Kolegium Elektorskim, ale również zdobył znaczącą przewagę głosów w skali kraju. Wyborach, w których to z kolei Republikanie wywalczyli wąską, minimalną i kruchą, ale jednak przewagę w obu izbach. Wyborach, które wyznaczyły absolutny szczyt popularności Donalda Trumpa.

Ale przecież, szczyt nie musiał być wcale szczytem – niejeden amerykański prezydent kończył swą kadencję ciesząc się jeszcze większą popularnością, bo po prostu naród był zadowolony z jego działań. W przypadku Trumpa tak się nie stało. Pierwszy rok jego drugiej kadencji przynosił zmienne fortuny, ale ogólnie jeszcze był obiecujący. Drugi rok przyniósł absolutną katastrofę. Zupełnie jak gdyby Trump, odbiwszy się od sufitu osobistej popularności, teraz przebił się przez podłogę, powtarzając przy tym raz po raz, iż to nie jest jego ostatnie słowo.

Błędem byłoby twierdzenie iż to wojna pokonała Trumpa. Nie: bo wojna nie przydarzyła się Trumpowi. To Trump wywołał wojnę. Wojna jest skutkiem, ale przyczyną porażki Donalda Trumpa jest Donald Trump. W tym, i w wielu innych wymiarach.

Nie mam zamiaru bawić się w psychoanalityka, zastanawiać się czy Trump cierpi już na starczą demencję, czy znajduje się pod czyimś wpływem, czy po prostu wiek wyolbrzymia jego wady. Jakkolwiek by nie było, od początku swojej drugiej kadencji, Donald Trump nie chciał i nie próbował działać w systemie, który dałby mu jeszcze więcej władzy, gdyby tylko chciał z nim współpracować. Nie potrafił negocjować z kongresmenami i senatorami. Nie potrafił w niczym dobrowolnie ustępować. Sprawiło to, iż prawie zupełnie nie potrafił forsować własnych ustaw.

Wszyscy, którzy obserwują Stany, dobrze pamiętają istną lawinę dekretów i rozporządzeń którymi zaczął swoją drugą kadencję, a którymi naprawił doraźnie wiele idiotycznych działań poprzedzającej administracji Bidena. Można oczywiście dzielić włos na czworo, debatować które dekrety były korzystne a które szkodliwe, ale to bez znaczenia – bo to były dekrety, które jeden prezydent wydaje, a kolejny może ot tak po prostu odwołać.

Osiągnięcia Trumpa były palcem na wodzie pisane, poza jednym słynnym Big Beautiful Bill – ale ponieważ do tej ustawy wsadzono tak wiele różnych spraw, to nikt z wyborców adekwatnie nie kojarzył co tam się znalazło. Swoim merkurialnym podejściem, Trump skutecznie zraził do siebie część Republikanów, często tych, którzy go najgoręcej popierali, ale poważniej niż on sam traktowali jego obietnice wyborcze.

Kilka, czy choćby kilkanaście, z przegranych dziś wyścigów w kongresie i senacie to miejsca z których sam Trump „przepędził” popularnych republikańskich polityków, atakując ich za rzekomą nielojalność. Zastępowanie ludzi posiadających własne kręgi poparcia lojalnymi miernotami bez poparcia, jak się okazało, nie przyniosło efektu w systemie który mocno premiuje osobiste relacje między wyborcami a reprezentantami.

Wydaje się też, iż Trump coraz mniej toleruje głosy sprzeciwu w swoim otoczeniu. Czy tak jest czy nie, dosyć powiedzieć iż nikt nie protestował zbyt intensywnie gdy Trump, namówiony przez premiera Izraela, rozpoczął ową feralną, zupełnie zbędną wojnę przeciw Iranowi. Gdy zaś wojna raz się rozpoczęła, wydaje się iż osobowość Trumpa nie pozwalała mu tak po prostu od niej odstąpić, przyznać choćby tylko do braku sukcesu, o porażce nie wspominając. Nie miał pomysłu na zakończenie wojny, bo poza bronią atomową – która zresztą też nie osiągnęłaby tego celu – jedyne co mogłoby zakończyć tę wojnę pomyślnie dla Ameryki to pełnoskalowa inwazja lądowa, a na tą nikt nie był gotów. Tymczasem zaś, im dłużej trwała wojna, tym bardziej w wyborców Trumpa uderzała niestabilność rynku ropy naftowej. Nie miało znaczenia iż ceny ropy nie poszybowały wcale tak wysoko jak pierwotnie przewidywano – dosyć, iż były znacznie wyżej niż wcześniej, i nie spadały. A działo się to za kadencji prezydenta który obiecał nie pakować się w bliskowschodnie wojny, i który obiecał obniżyć koszty życia.

Tyle przyczyny. Znalazłoby się ich jeszcze więcej – nie wspomniałem chociażby Ukrainy, akt Epsteina, i wielu niedotrzymanych obietnic, nie mówiłem też o tych członkach administracji Trumpa których skuteczność dalece odbiegła od oczekiwań – ale przejdźmy do zasadniczego pytania:

Co dalej?

Słychać już zewsząd triumfalne głosy Demokratów i popierających ich mediów, iż oto skończyła się era Trumpa. Niezupełnie. Faktycznie, Republikanie będą coraz chętniej się odcinać od Trumpa, uważając iż jego osobista marka jest teraz skażona. Ale na przestrzeni ostatnich lat, Trump wywarł tak silny wpływ, tak gruntownie przebudował Partię Republikańską, iż trudno im będzie się skutecznie od niego odsunąć. Trump kilka może już zrobić by wspierać poszczególnych Republikanów – przez cały czas jednak może dużo zrobić by im zaszkodzić, jeżeli uzna iż są nielojalni. Drugi polityczny zgon Trumpa będzie powolny.

Przejęcie legislatury przez Demokratów oznacza natomiast faktycznie koniec politycznej agendy Trumpa. Pozostają mu dekrety i wetowanie ustaw, i zataczanie się od jednego kryzysu budżetowego do kolejnego, gdy Demokraci odmawiają mu funduszy potrzebnych na realizację jego celów. I tu leży smutny paradoks: w Stanach, prezydent zawsze może więcej zdziałać w relacjach zagranicznych niż w kraju, a dysproporcja rośnie im słabsze ma poparcie w krajowej polityce. Tak jest i w tym przypadku. W praktyce oznacza to iż Trump, wiedząc iż kilka już zdziała w kraju, może odczuwać pokusę by skoncentrować się na zagranicznych zwycięstwach, przynajmniej tak długo, jak długo nowy kongres nie zablokuje finansowania.

Następne dwa miesiące będą więc szczególnie groźne w kwestii niepotrzebnej i głupiej wojny z Iranem. jeżeli już wcześniej Trump wydawał się zbyt emocjonalnie zaangażowany w wojnę z Iranem, o ile teraz bardziej może tak być, gdy ma powody aby obwiniać Iran za porażkę wyborczą? Tu może dojść do jakiejś ostrej eskalacji.

Z kolei jeżeli chodzi o Ukrainę i Rosję, jeżeli Trump chciałby w końcu osiągnąć pokój, który obiecywał przed dwoma laty, to teraz realnie jedyną drogą mu dostępną byłoby zmuszenie Ukrainy do kapitulacji – i być może tu też będą emocjonalne pobudki aby tak próbować zrobić.

Jednocześnie, będziemy obserwować zmasowane uderzenie na administrację Trumpa. prawdopodobnie pierwszym wobec którego wszczęte będą procedury odwoławcze będzie Sekretarz Obrony, Pete Hegseth. Być może sam zresztą zrezygnuje, albo zostanie zwolniony przez Trumpa. Co więcej, Trump nie zdoła już przeforsować żadnego swego kandydata przez komisje senackie, chyba iż sięgnie po kogoś tak konwencjonalnego, iż Demokraci go zaakceptują. Tak się raczej nie wydarzy, toteż raczej ustępujący członkowie administracji będą zastępowani przez „pełniących obowiązki”. To zaś zawsze osłabia ich prestiż i skuteczność.

Najbardziej w tym wszystkim ucierpią dwaj politycy którzy mieli nadzieję najwięcej zyskać na związaniu z Trumpem – Marco Rubio i J. D. Vance. Obydwaj liczyli na nominację prezydencką w następnych wyborach, i na zwycięstwo na fali popularności administracji Trumpa. Teraz stało się wprost odwrotnie – obydwaj są skazani na porażkę ze względu na bliskie powiązania z Trumpem. Skala ich przegranej będzie zależeć od ich cierpliwości. Ten z nich który zdecyduje się nie kandydować w 2028 roku, może mieć szansę w 2032 roku. Ten zaś, który mimo wszystko spróbuje kandydować, może potrzebować znacznie więcej czasu by podnieść się po przegranej.

Osobiście, przyznam iż szkoda mi Vance’a – spośród wszystkich współczesnych republikańskich notabli, wydawał się najbardziej obiecujący, choćby jeżeli jego gotowość do „ściemniania” żeby nie zarzucać wprost kłamstwa, w obronie swego szefa, stawiają go w znacząco gorszym świetle jako rzekomo prostolinijnego katolika. Gdybym mógł doradzić Vance’owi, powiedziałbym iż winien teraz, natychmiast zrezygnować ze stanowiska, tłumacząc to wprost niezgodą na wojnę która przyczyniła się do porażki – następnie, odczekawszy parę lat, kandydować na gubernatora swojego stanu, i dopiero potem powrócić do prezydenckich ambicji, wykazawszy się własnymi osiągnięciami. Wątpię jednak aby Vance zdecydował się porzucić stanowisko wiceprezydenta, chociażby z obawy przed zemstą Trumpa – co być może oznacza iż i tak nie ma odpowiedniego charakteru na prezydenta…

Trump, a sprawa polska

O skutkach, jak o przyczynach porażki, można by wiele jeszcze napisać. Odrębnym tematem – zbyt dużym, by go omawiać mimochodem – byłaby wielka zmiana która zaszła w Partii Demokratycznej, a która sugeruje iż w swojej nowej formie, Demokraci będą jeszcze gorsi dla Ameryki niż wcześniej. Innym tematem byłaby nadchodząca zmiana w relacjach między Ameryką a Izraelem – zmiana która ma szansę nareszcie ukrócić najgorsze działania Izraela. Nie ma na to już miejsca.

W tym wszystkim jednak, chciałbym aby jedna rzecz jeszcze wybrzmiała, a dotyczy ona sprawy polskiej. Otóż: osłabienie Trumpa niweczy nadzieje tych, którzy liczyli na wsparcie Republikanów dla swojej strony w polskiej polityce, a do tego stawia pod mocnym znakiem zapytania jakiekolwiek obietnice Trumpa dotyczące stałej bazy amerykańskiej w Polsce. Analogicznie zaś, jest bardzo poważna szansa iż za dwa lata, jeżeli Demokraci zdobędą również Biały Dom – a w tej chwili wydaje się to niemal nieuniknione, choć wiele może się jeszcze zmienić – znowu zobaczymy tego rodzaju ingerencję w polską politykę jaką widzieliśmy przed 2024 rokiem. Urabianie polskiej opinii publicznej przez finansowanie lewicowych organizacji i mediów, wpływanie na platformy cyfrowe aby dusiły konserwatywny dyskurs, i tak dalej. Tendencje te zresztą będą tym mocniejsze, im mocniejszy ogólnie będzie lewicowy zwrot w amerykańskiej polityce. Ale cóż – zdaje się iż nie ma sensu tym za bardzo zaprzątać sobie głowę, gdy polska polityka ma inne, znacznie pilniejsze problemy.

Jakub Majewski

Idź do oryginalnego materiału